David Byrne ma nową książkę w drodze. Co za niespodzianka.
Ktoś w agencji literackiej prawdopodobnie podpisał umowę, otrzymał określoną sumę pieniędzy, a następnie zadzwonił do Davida Byrne'a, by powiedzieć mu, że po raz kolejny zostanie opublikowanym autorem. Nowa książka Byrne'a—zaplanowana na tę jesień, tytuł nieujawniony, temat nieznany—została ogłoszona w sposób, w jaki ogłasza się te rzeczy: krótka notka w branżowej prasie, bez fanfar, z wydawcą czekającym na bardziej spektakularny wkład samego Byrne'a w późniejszym terminie.
Jeśli bowiem jest jeden muzyk-pisarz, który zasłużył na prawo do pisania w nieskończoność, to jest nim David Byrne. Jego How Music Works (2012) nie była typową rockową autobiografią—trasy, kokaina i duchowe przebudzenie—lecz genuinnie dziwną, intelektualnie rygorystyczną książką o związku między architekturą, kulturą i dźwiękiem. Rodzaj książki, której nikt inny by nie napisał.
Byrne nie jest jak inni muzycy piszący książki dla brandingu. Spędził czterdzieści lat, będąc naprawdę ciekawym rzeczy: jazdy na rowerze po mieście, performance art, designu, neurobiologii. Cokolwiek to jest, nie będzie ćwiczeniem z personal brandingu. Przyjdzie bez tytułu, prawdopodobnie bez jasnego gatunku, na pewno bez trasy promocyjnej. Będzie tam siedziało, cicho osobliwe, wymagając od czytelnika trochę wysiłku. Dokładnie tak zachowują się dobre książki.