Stypendyści Guggenheima 2026: trzydzieści pięć niedokończonych kierunków
Stypendium Guggenheima zawsze mniej dotyczyło pieniędzy — choć pieniądze pomagają — a bardziej sygnału. Otrzymać je to usłyszeć, jak fundacja mówi cicho, ale stanowczo: wierzymy w pracę, której jeszcze nie ukończyłeś. Tegoroczna klasa literacka, ogłoszona w ubiegłym tygodniu, obejmuje 35 pisarzy prozy, non-fiction, poezji i dramatu. Lista jest, jak to zwykle bywa, zarówno uspokajająca, jak i zaskakująca.
Wśród stypendystów prozy dwa nazwiska zakotwiczają wybór ciężarem dekad: Amitav Ghosh, którego Trylogia Ibis pozostaje jednym z najbardziej ambitnych historycznych przedsięwzięć współczesnej prozy, i Marlon James, którego nagrodzona Bookerem powieść Krótka historia siedmiu zabójstw na nowo narysowała mapę tego, co powieść może zawierać. Obaj są pisarzami w połowie kariery — jeśli można użyć tego terminu wobec artystów, których kariery obejmują już kontynenty i gatunki — a stypendium sugeruje, że cokolwiek przygotowują następnie, będzie miało znaczenie.
Jest też Namwali Serpell, zambijsko-amerykańska autorka The Old Drift, powieści, która podjęła się niczego mniejszego niż całej historii narodu przez trzy rodziny. I Madeleine Thien, której Do Not Say We Have Nothing wplotła Chińską Rewolucję Kulturalną w historię muzyki, pamięci i politycznego wymazywania. To pisarki, które myślą w stuleciach i piszą zdaniami, które o tym wiedzą.
Wśród stypendystów poetyckich są Raymond Antrobus, brytyjsko-jamajski poeta, którego praca nad głuchotą i językiem po cichu poszerzyła to, co poezja liryczna może poruszać, i Rickey Laurentiis, którego tom Boy with Thorn pozostaje jednym z formalnie najśmielszych debiutów ostatniej dekady. Suji Kwock Kim i Vivek Narayanan uzupełniają listę, która odmawia osiedlenia się w jakiejkolwiek jednej tradycji.
W dramacie wybór obejmuje Penny Arcade, legendarną artystkę performansu z nowojorskiego downtown, oraz Harunę Lee, której międzykulturowa, formalnie niespokójna twórczość zmienia sposób, w jaki myślimy o teatrze azjatycko-amerykańskim.
Tym, co mnie interesuje w tegorocznej klasie, nie jest żadne pojedyncze nazwisko, lecz kumulatywna forma. Guggenheim, w odróżnieniu od niektórych nagród, nie nagradza pojedynczej książki. Nagradza kierunek — poczucie, że pisarz zmierza dokądś, gdzie to ma znaczenie, i że cel nie jest jeszcze znany. Jest coś nordyckiego w tej wrażliwości, jeśli pozwolicie na osobistą referencję: przekonanie, że najważniejsza praca to ta, która jeszcze nie została wykonana, zdanie, które jeszcze nie znalazło swojego zakończenia.
Trzydzieściu pięciu pisarzy. Trzydzieści pięć niedokończonych kierunków. Co przywiozą?