Kiedy żałoba staje się fabułą: nowa powieść Stevena Rowleya trafia już do telewizji
Istnieje pewien rodzaj powieści, który przybywa cicho i bez ostrzeżenia, niosąc w sobie przesłankę tak osobliwą, że potrzeba chwili, aby zdecydować, czy się ją uważa za urzekającą czy absurdalną. Take Me With You Stevena Rowleya (Putnam) jest jedną z takich książek. Przesłanka: mąż Jesse'ego del Rutha, Norman, znika w promieniu światła na ich podwórku. Pewnego wieczoru jest tam; następnego — nie ma go. To, co następuje, to nie science fiction, lecz żałoba: codzienna dewastacja nieobecności, uczyniona obcą przez sposób odejścia.
Pomyślałam o Tove Jansson, która rozumiała, że najbardziej niepokojące straty to często te, które nie oferują żadnego rozsądnego wyjaśnienia — żadnego wypadku, na który można wskazać, żadnego ciała do pochowania w konwencjonalnym sensie. Dziwność w Take Me With You to nie sam promień światła, lecz to, co przychodzi potem: Jesse musi nawigować życiem singla, obsesyjnie nastawionym na teorie spiskowe sąsiadem i rosnącym poczuciem, że ktoś go śledzi, podczas gdy podstawowe pytanie o to, co stało się z Normanem, pozostaje uparcie bez odpowiedzi.
Ogłoszenie w tym tygodniu, że powieść zostanie zaadaptowana na potrzeby telewizji — opracowana przez Warner Bros. Television, z Billem Lawrence'em jako producentem wykonawczym — jest na pierwszy rzut oka rodzajem wiadomości, która przychodzi schludnie. Lawrence jest współtwórcą Ted Lasso i Shrinking, obu zbudowanych na żałobie i nieprawdopodobnych przyjaźniach, które ona rodzi. Jest tu pewna logika: powieść Rowleya, podobnie jak te serie, dotyczy fundamentalnie ludzi, którzy muszą wymyślić nowe życia w gruzach tych, które planowali.
Czy ta logika przetrwa tłumaczenie ze strony na ekran, to inne pytanie. Poprzednia powieść Rowleya, The Guncle (2021), została optowana na film cztery lata temu; o ile wiadomo, ta adaptacja wciąż gdzieś tkwi w długim korytarzu niespełnionych zamierzeń. Książki o spokojnych mężczyznach i niewidzialnych stratach są trudne do przełożenia na narrację wizualną bez utraty właśnie tej jakości, która sprawiła, że warto je adaptować.
Mimo to Lawrence nie jest frywolnym wyborem. A powieść — dopiero co opublikowana, wciąż znajdująca swoich czytelników — zasługuje na uwagę, niezależnie od formy, jaką ostatecznie przyjmie. Może to jest właściwa kolejność: najpierw książka, potem obraz.